piątek, 26 września 2014

Wystrzałowo zmalowany fartuch

W poprzednim poście pisałam, że mam zamiar ruszyć z ciuchowymi przeróbkami. Niestety, co innego zaprzątnęło moje myśli oraz ręce. Poszperałam w domowym zbiorze różnorodnych materiałów i znalazłam świetny kawałek, z którego... uszyłam fartuch! Żeby tylko jeden... Poniosło mnie i zrobiłam aż 3 kuchenne fartuszki! 

Dzisiaj pokażę Wam jeden z nich, który od samego początku szyty był na prezent z okazji Dnia Chłopaka (30 września - dla niedoinformowanych i zapominalskich, macie jeszcze kilka dni, zdążycie wymyślić prezent ;).

Mój chłopak ma większy zapał do gotowania niż ja (z dwojga złego wolę piec, bowiem w piekarniku powstają ciastka, babeczki i ciasta, co uważam za słodką - i jedyną - zaletę pieczenia). 
 Stwierdziłam, że fartuch może mu się przydać podczas kucharzenia - dzięki temu nie usmaruje ulubionego t-shirtu sosem albo pryskającym z rozgrzanej patelni olejem. 
Zabrałam się za szycie i... Powstał taki oto fartuszek: 



Taaak, ta osoba na zdjęciu to właśnie ja. ;) 
Zwykle to, co stworzę, fotografuję sama, często na wieszaku bądź blacie biurka, ale tym razem się nie dało. Fartuch nie zmieścił się na biurku, na wieszaku nie byłoby widać co i jak...  
Nie kręci mnie pozowanie do zdjęć, ale teraz nie było tak źle. Możliwe, że jeszcze kiedyś się Wam pokażę, kto wie...

Gdyby ktoś chciał, żebym "oddała fartucha" - nie ma mowy! Mam wałek do obrony! 



Ktoś mógłby stwierdzić: "Taki zwykły, szary fartuch? Na prezent? Pff..."
A kto powiedział, że na tym poprzestanę?

Gdy maszyna do szycia już odpoczywała, to w ruch poszły pędzle i farbki akrylowe. 
Dopiero gdy uszykowałam je do pracy poczułam jak bardzo mi ich brakowało... Zbyt rzadko ich używam, to się musi zmienić!

Miałam wizję malunku - dwa pistolety z napisem "wystrzałowy chłopak". Ostatecznie wyraz "chłopak" zmieniłam na "kucharz". 
Jedynym problemem były dla mnie, kluczowe tutaj, pistolety - musiałam namalować je w taki sposób, żeby były widoczne na szarym materiale i żeby w ogóle w jakikolwiek sposób je przypominały. Pomogłam sobie szybko wyciętym w tekturce szablonem i machnęłam to, co miałam machnąć. Okazało się, że prawie nie widać tych dwóch spluw na ciemnym tle i były jakieś takie... Kiepsko to wyglądało. 
Na chwilę zamarłam, po czym, po raz pierwszy w historii mojego malowania akrylowymi farbami, zaczęłam "cieniować" pistolety. 
Strzał w dziesiątkę! 
Na koniec wystarczyło domalować kontury oraz sporej wielkości napis.

Oto moje miejsce pracy i już zmalowany fartuch: 


Już dawno nie miałam takiego tłoku na biurku! 


Teraz zmiana miejsca i światła oraz pozycji fartucha z leżącej na stojącą - i wszystko wygląda o wiele lepiej!


Chłopak został już obdarowany fartuchem (dlatego mogę go pokazać reszcie świata). 
Mam nadzieję, że teraz z jeszcze większą ochotą podejdzie do gotowania, bo przecież prezent wypadałoby wykorzystać. Oczywiście nie pogardzę dobrą kolacją bądź śniadaniem. ;)